Mały człowiek, wielkie odkrycia.
Mały człowiek pojawił się w moim życiu, a ja zaczęłam odkrywać siebie na nowo.
Chociaż właściwie te odkrycia zaczęły się jeszcze w ciąży. Nagle pojawiło się mnóstwo pytań. Czy dam radę? Jak dam radę? Jak to wszystko będzie?
W mojej sytuacji tych pytań było chyba jeszcze więcej, bo nie miałam już rodziców, do których mogłabym zadzwonić i zapytać o rzeczy, które dla kogoś innego mogły wydawać się zupełnie oczywiste. Z teściami też nie bardzo mogłam się zwrócić z każdym pytaniem. Mam kilka cioć i przyjaciółki, ale one mieszkają daleko, za granicą.
Z pytaniami, których jest nagle mnóstwo, i z poczuciem, że powinnaś przecież wiedzieć, co robić.
Więc zaczęłam szukać. W internecie, na forach, w artykułach, w doświadczeniach innych matek. I chyba właśnie wtedy zaczęłam zauważać, jak wiele kobiet dzieli się w sieci swoją wiedzą i swoimi doświadczeniami po to, żeby ktoś inny nie musiał wszystkiego odkrywać zupełnie od początku.
To było dla mnie ważne odkrycie samo w sobie.
Bo może po drugiej stronie ekranu jest właśnie kobieta taka jak ja. Bez mamy, która może powiedzieć: „spokojnie, ja też przez to przechodziłam”. Bez bliskiej osoby, do której można zadzwonić z każdym, nawet najgłupszym pytaniem. Albo z mamą, z którą ten kontakt nigdy nie był taki, jakiego się potrzebowało.
A ja, już po czterdziestce, nagle zostałam początkującą matką.
I z zupełnie nowym zestawem problemów, pytań i decyzji, na które nie miałam gotowych odpowiedzi.
Jednym z pierwszych dużych odkryć było dla mnie to, że moje życie nagle przestało być tylko moje.
To, co robię, co jem, gdzie i jak śpię, ile śpię, ile się ruszam, czy biorę witaminy, jakiego wybieram lekarza i szpital, gdzie odbędzie się poród, jakie badania zrobię, a jakich nie zrobię, czy chcę poród naturalny, czy cesarskie cięcie — wszystko nagle zaczęło mieć jeszcze jednego odbiorcę.
Te decyzje nie dotyczyły już tylko mnie.
W pewnym sensie stałam się odpowiedzialna za dwie ludzkie istoty.
A moje ciało stało się na jakiś czas takim naczyniem, którego zadaniem było przeprowadzić tego małego człowieka przez pierwszą część jego życia.
A do tego wszystkiego dochodziło jeszcze życie za granicą.
Kiedy zbliżał się poród, dotarło do mnie, że nie wystarczy po prostu wiedzieć, czego sama chcę. Muszę jeszcze umieć o tym powiedzieć. Po niemiecku.
Musiałam nauczyć się słów i zwrotów, dowiedzieć się, co właściwie może się wydarzyć, jakie są możliwe sytuacje, co może być nie tak i o co powinnam zapytać. Co powinnam powiedzieć lekarzowi. Co położnej. Co może oznaczać konkretne słowo, które usłyszę w szpitalu.
I chyba wtedy po raz pierwszy naprawdę pomyślałam o tym, jak wiele osób wchodzi w tak ważne momenty swojego życia z nastawieniem: „jakoś to będzie”.
Tylko że „jakoś to będzie” nie zawsze oznacza, że będzie dobrze. Czasem oznacza po prostu, że jakoś przez to przejdziemy.
Poród, narodziny dziecka, zostanie rodzicem — to są zbyt ważne rzeczy, żeby całkowicie zdać się na przypadek i liczyć na to, że ktoś w odpowiednim momencie przejmie sytuację.
Oczywiście, można mieć obok siebie mamę, siostrę, przyjaciółkę czy kogoś, kto już przez to przeszedł. Można mieć kogoś, kto podpowie, co zrobić, kiedy samemu nie wiadomo.
Ale dobrze jest też przygotować się samemu.
A kiedy nie ma obok nikogo, kto w krytycznym momencie może przejąć sytuację, ta odpowiedzialność staje się jeszcze bardziej oczywista.
Wtedy naprawdę dużo zależy od tego, jak dobrze jesteś przygotowana na to, co może czekać Ciebie i Twoje dziecko.
I chyba właśnie na tym etapie pojawił się u mnie jeszcze jeden problem — zaufanie.
Bo z jednej strony wiedziałam już, że powinnam się przygotować, wiedzieć jak najwięcej i nie zakładać po prostu, że „jakoś to będzie”. Z drugiej strony przecież nie mogłam wszystkiego zrobić sama.
Musiałam nauczyć się zaufać lekarzom, pielęgniarkom, położnym. Zaufać, że wiedzą, co robią. Że jeśli coś zacznie się dziać, ktoś to zauważy. Że jeśli pojawi się problem, będzie ktoś, kto będzie wiedział, co z nim zrobić.
I jestem za to ogromnie wdzięczna.
Bo rzeczywiście nie wszystko poszło stuprocentowo zgodnie z planem. Ale miałam dostęp do opieki medycznej, badań, monitorowania, leków, sprzętu i ludzi, którzy byli tam wtedy, kiedy byli potrzebni.
Dopiero zostając matką, naprawdę uświadomiłam sobie, jak ogromnym przywilejem jest możliwość urodzenia dziecka w miejscu, w którym w razie komplikacji jest ktoś, kto może zareagować.
Bo przecież mogło być inaczej.
Mogło się zdarzyć, że nie byłoby dostępu do odpowiednich badań, leków, operacji, monitorowania pracy serca dziecka czy szybkiego sprawdzenia, czy rozwija się infekcja.
I wtedy dotarło do mnie coś naprawdę trudnego: że bez tej pomocy medycznej mogłabym jej w ogóle nie urodzić. A nawet gdybym ją urodziła, mogłabym ją stracić.
Mogłyśmy obie stracić życie.
I chyba dopiero wtedy naprawdę zrozumiałam, jak wielkie znaczenie ma możliwość jednocześnie wiedzieć, przygotować się i umieć zaufać komuś, kto w odpowiednim momencie wie więcej ode mnie.
Kiedy byłam z moją maleńką na oddziale noworodkowym, praktycznie nie spałam ani w dzień, ani w nocy. Za to miałam mnóstwo czasu na myślenie.
O niej, o sobie i o tym, jaką właściwie chcę być matką.
Szybko wróciła do mnie cała moja własna historia. Trudne dzieciństwo, trudne relacje z rodzicami, rzeczy, których brakowało, rzeczy, których było za dużo. I podobnie u mojego męża — jego własne doświadczenia, dalekie od ideału relacje z rodzicami i dzieciństwo, które również zostawiło po sobie różne pytania.
Być może między innymi dlatego jesteśmy dzisiaj tutaj, za granicą, trochę sami, odsunięci od części naszych rodzin i od tego, co znamy.
I nagle, kiedy pojawił się ten mały człowiek, wszystkie te historie zaczęły mieć dla nas nowe znaczenie.
Czy w ogóle chcemy być rodzicami?
Jakimi chcemy być rodzicami?
Co chcemy zrobić inaczej?
Co chcemy zachować?
A czego zdecydowanie nie chcemy przekazywać dalej?
I chyba właśnie wtedy pojawił się dla mnie ten ważny moment zmiany. Taki mały pivot.
Bo to jest nasz nowy rozdział. I możemy napisać go po swojemu.
Nie musimy być rodzicami takimi, jakimi byli nasi rodzice. Nie musimy powtarzać wszystkiego tylko dlatego, że „tak się robiło”. Nie musimy robić tego, co robiła babcia, mama czy ktokolwiek przed nami.
Możemy wybrać.
Możemy poszukać odpowiedzi gdzie indziej — wśród ludzi, których spotykamy w nowym miejscu, w doświadczeniach innych rodziców, w książkach, w internecie, w tym, co sami obserwujemy.
I z tego wszystkiego wybrać to, co naprawdę pasuje do nas.
Może paradoksalnie łatwiej jest mi to robić właśnie dlatego, że nie mam obok siebie całej tej rodzinnej sieci. Nie mam tylu osób, które mogłyby powiedzieć: „u nas zawsze to tak było, nie wymyślaj!”.
Mogę razem z moim mężem stworzyć naszą własną wersję rodziny. Naszą własną codzienność. Nasz sposób dbania o tego małego człowieka i prowadzenia jej przez świat.
I chyba właśnie to jest dla mnie jedno z największych odkryć związanych z macierzyństwem:
nasza przeszłość może być częścią naszej historii, ale nie musi być scenariuszem naszej przyszłości.
A tych odkryć — dotyczących ciąży, porodu, wychowania, relacji, własnych przekonań i tego, jak właściwie chcemy żyć jako rodzina — jest tak dużo, że nie da się ich zmieścić w jednym poście.
I może nawet dobrze.
Bo właśnie o tych małych i dużych odkryciach chcę tutaj pisać.
Może coś, co odkryłam u siebie, przyda się też komuś innemu.
PL
EN
DE



Komentarze
Prześlij komentarz